- WSTĘP -

Uwaga, cytat znany i lubiany przez rodziców - "uczeń bez jedynki jest jak żołnierz bez karabinu" - powtarzany dzieciom, aż do czasu, gdy w dzienniku pojawia się ich już kilka z rzędu. Takim tokiem myślenia, moim żołnierskim ekwiwalentem byłby prawdopodobnie Rambo. Można powiedzieć, że jako dziecko byłem pełnoetatowym więźniem we własnym domu, bo moi rodzice byli zwolennikami szlabanów na wychodzenie "na dwór" (jeśli czyta to ktoś urodzony w tym tysiącleciu, podpowiem, że kiedyś wychodzenie z domu było formą rozrywki dla młodocianych). Wiedząc, że jeśli oceny nie zaczną się poprawiać to grozi mi kolejny szlaban, oraz mając kupę czasu ze względu na szlaban aktualny, postanowiłem, że przysiądę do książek i dla odmiany wrócę do domu bez kolejnej lufy. 

Ha, karabin - lufa, sprytne, nie? 

No i tak też było, zacząłem się uczyć, oceny się poprawiać, a ja mogłem wychodzić z domu. W ten sposób przebrnąłem przez podstawówkę, gimnazjum (ach te reformy edukacyjne) oraz technikum, torując sobie drogę na wyższe uczelnie. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że wszystkie te lata zmarnowałem, choć to nie do końca moja wina. 

W Polsce obowiązek edukacyjny ciąży na nas do osiemnastego roku życia, a zaczyna, kiedy mamy pięć - tak zwaną klasą zerową. Innymi słowy, idąc po najmniejszej linii oporu, statystyczny polski dzieciak spędza co najmniej trzynaście lat życia będąc edukowanym. Matematyka, literatura, historia, biologia, chemia, geografia i inne cuda na kiju, ocean wiedzy długi i szeroki. No i weź tu pięcioletniego bachora teraz w ten ocean wrzuć i powiedz mu, że w najlepszym wypadku będzie mógł z niego wyjść za ponad dekadę. To właśnie robi nasz okrutny system edukacji, wierząc, że dzięki temu będą z nas ludzie. Jest tylko jeden haczyk - nikt nie nauczył nas pływać. Bo czy w obowiązkowym curriculum nauczania, poza tym CZEGO trzeba się nauczyć, jest chociaż trochę o tym JAK w ogóle się tego uczyć?


- TYPOWY KOWALSKI -
czyli wstępu ciąg dalszy

Pan Kowalski to szesnastoletni uczeń liceum ogólnokształcącego, któremu przyszło zmierzyć się z końcowym testem z jednego z przedmiotów, który znajduje się w jego programie. Jako, że mowa jest o typowym Panu Kowalskim, zakładamy, że na ów test postanowił się uczyć w sposób równie typowy co jego nazwisko - na dzień przed - oraz stosując typowe metody nauki - powtarzanie z notatek.


Zatem przysiadł do książek, otworzył zeszyt, chwycił za kolorowy zakreślacz i jak przystało, czyta swoje notatki od lewej do prawej, linijka po linijce, tu i ówdzie mażąc po papierze jaskrawo różowym pisakiem. Na naukę postanowił poświęcić maksymalną możliwą ilość czasu jaka mu pozostała, a zatem całą noc. Rano, po wielogodzinnej sesji zebrał się na autobus i wyszedł do szkoły. Pierwszy dzwonek rozbrzmiał o godzinie ósmej, przyszła kolej przystąpić do egzaminu i... oczywiście zdał. W końcu poświęcił na naukę kilka bitych godzin i nie zmrużył oka ani na chwilę. Zadowolony z oceny końcowej, mógł spokojnie spędzić wakacje, nie martwiąc się poprawkami w sierpniu.


We wrześniu jednak czekała go niemiła niespodzianka. Okazało się bowiem, że semestr zaczyna się od niezapowiedzianego powtórzenia ów sprawdzianu w celu zweryfikowania, jak uczniom udało się przyswoić materiał z zeszłego roku. Ten sprawdzian nie poszedł już zbyt dobrze Panu K (szok!), bo jak się okazało kilka godzin, kolorowy pisak i zarwana noc to za mało, żeby nauczyć się materiału porządnie. Można pomyśleć, że Pan Kowalski zastosował tak zwaną metodę trzech "Z" - zakuć, zdać, zapomnieć - ale to nie do końca prawda. W gruncie rzeczy, Kowalski wcale nie planował zapomnieć tego, czego się uczył i w swoich szczerych intencjach miał, żeby nauczyć się raz, a porządnie.


Oczywiście można debatować, czy materiał, którego uczył się Kowalski w ogóle wart był zapamiętania na dłużej, skoro odnośnie zakresu nauczania panuje ogólne przekonanie, że "i tak mi się to w życiu nie przyda". Sam muszę przyznać, że mając szesnaście lat wolałbym się dowiedzieć o co chodzi z podatkami, jak wypełniać druczki do urzędów skarbowych, jak działają umowy cywilnoprawne, czy rzeczy tak fundamentalnych jak etyka zawodowa. Zamiast tego liczyłem pole koła z wycinka jego obwodu i dowiedziałem się, że Łęcka to szmata (sic!). Chociaż, z tego wszystkiego, matematyka jest jeszcze w stanie się obronić.


Problem jest jednak taki, że na pewnym etapie w swojej edukacji pojawia się w końcu materiał, który naprawdę warto zachować w głowie. Najczęściej w trakcie studiów lub jeszcze nawet w szkołach technicznych i zawodowych, gdzie przekazywana wiedza ma nam pomóc wykonywać w przyszłości konkretny zawód. Co jednak mamy z tą wiedzą zrobić, jeśli przez te wszystkie lata nie pokazano nam jak ją efektywnie zapamiętywać, a wszystkie klasy oblatywaliśmy na tym, co udało się wykuć na chwilę przed sprawdzianami?



- OPANOWAŁ CAŁY MATERIAŁ W 5 MINUT -
egzaminatorzy i nauczyciele go nienawidzą, kliknij tutaj by zobaczyć!

Żartowałem, niczego nie nauczycie się porządnie w 5 minut, zejdźcie na ziemię. Uczenie się to zdecydowanie nie synonim dobrej zabawy. Są jednak pewne metody, aby skutecznie skracać czas, który należy poświęcić, aby uzyskać zadowalające rezultaty. W tym obszernym wpisie postaram się przybliżyć kilka metod, które pośrednio i bezpośrednio wpływają na proces uczenia się i sprawiają, że jest on bardziej efektywny i mniej nużący. Po pierwsze skupimy się na tym, za co chwalą słonie, a za co wyśmiewają złote rybki - na pamięci.


W dobie urządzeń mobilnych jesteśmy uczeni, aby niemalże wszystko cyfryzować. Zamiast liczyć w głowie - mamy kalkulator w telefonie. Zamiast pamiętać o wyjściu ze znajomymi - mamy kalendarz w telefonie. Zamiast zapamiętać listę zakupów - mamy notatki w telefonie. Im więcej zapisujemy w chmurze, tym mniej zapisujemy w głowie. Im mniej używamy głowy, tym mniej wydajna się ona staje, oczywista oczywistość. W ten sposób znaczna część młodszego pokolenia dorobiła się czegoś na kształt sklerozy.


Kiedy muszę zapamiętać dwie liczby na raz, jedną z nich od razu zapisuję w telefonie, a i zazwyczaj w trakcie jej zapisywania zapominam drugą. Czasem dostaję wiadomości i czytając je z ekranu blokady nie potrafię zrozumieć o co chodzi nadawcy. Dopiero po odblokowaniu telefonu i wyświetleniu pełnej konwersacji przypominam sobie, że zadałem dziesięć minut temu pytanie, na które ktoś właśnie mi odpisał. Gdyby nie facebook, nie składałbym życzeń na urodziny nawet najbliższej rodzinie, bo nie pamiętałbym kiedy je mają.


Jedyna gorsza od mojej kondycji fizycznej, była chyba tylko kondycja mojej pamięci. Jeśli do tego moja nauka polegałaby na kilkukrotnym czytaniu notatek, to nie ma siły, zanim doczytałbym do końca tematu, zapomniałbym na jaki przedmiot się uczę. Uczenie się jest o tyle szybsze, o ile szybciej nasz mózg potrafi gromadzić i zapamiętywać informacje. Poza tym, dobra pamięć znajduje zastosowanie nie tylko w trakcie nauki szkolnej. Kiedy musisz przypomnieć sobie na messengerze imię swojej randki przed wejściem do kawiarni, to już chyba czas wywiesić czerwoną flagę, nie?



- TRENOWANIE PAMIĘCI -
metoda pierwsza: pętla pamięciowa

Byłem dziwnym dzieckiem. Pętla pamięciowa to jedna z "zabaw", które towarzyszyły mi podczas czynności bardzo monotonnych, niewymagających skupienia na otoczeniu, jak choćby jazda autem jako pasażer z rodzicami. Moim zdaniem, to dobry sposób na rozgrzewkę przed faktycznym uczeniem się albo jako jedna z metod poprawiania wydajności swojej pamięci. Jest ona też dobrym wprowadzeniem do jednej z faktycznych metod efektywnego zapamiętywania, którą omówię później. To bardzo, bardzo prosta sprawa. Polega ona na wymyśleniu krótkiej narracji, którą można zapętlić, a każdy jej element zbudowany jest z innego rzeczownika, czasownika i przymiotnika. Historyjkę buduję tak, żeby ten sam rzeczownik powtarzał się raz po sobie, kolejne czasowniki opisywały inne czynności, a każdy następny przymiotnik nadawał inny atrybut rzeczy (rozmiar, stan, kolor, kształt, wiek). Ważne jest także, aby w miarę prowadzenia narracji, wyobrażać sobie wyraźny obraz tego, o czym mówimy. Brzmi jak coś skomplikowanego, ale poniższy przykład wszystko wyjaśni:


Stoi sobie mały dom, dom ma otwarte okno, w oknie widać zielony salon, w salonie leży okrągły dywan, nad dywanem wisi stary obraz, na obrazie stoi mały dom, dom ma otwarte okno...


Nie, żebym był wykwalifikowanym neurologiem, ale z wiedzy własnej i podpowiadającej mi intuicji powiem, że to ćwiczenie rozgrzewa pamięć krótkotrwałą, pobudzając ją do tworzenia większych "rezerw" w swojej pojemności. Ponadto, pobudza też prawą półkulę mózgu do działania. Dla przypomnienia - prawa półkula to ta, która odpowiada za abstrakcyjne myślenie, wyobraźnię, zdolności plastyczne, percepcję przestrzenną i parę innych pierdół. Lewa to ta logiczna strona. Może się to wydawać nieintuicyjne, że chcąc nauczyć się czegoś na stałe, najpierw zajmujemy się ćwiczeniem pamięci krótkotrwałej i dodatkowo jeszcze angażujemy w to półkulę, której potencjał kojarzy się przede wszystkim z artystami.


Po kolei - pamięć krótkotrwała spełnia rolę filtra dla pamięci długotrwałej. To w pamięci krótkotrwałej zapada decyzja, czy daną informację należy zapamiętać, czy odrzucić po wykorzystaniu chwilę później. Jej pojemność jest przy tym bardzo mała, więc tłoczenie do niej dużej ilości informacji w krótkim przedziale czasu sprawia, że te otrzymane później wypierają otrzymane poprzednio, często zanim te zdołają być przeniesione do pamięci stałej (dla uproszczenia będę czasem używał pojęć "krótka" i "stała", choć w terminologii nie są one poprawne). Ćwiczenie metodą pętli pamięciowej pozwala odrobinę rozciągnąć tę rezerwę, a im więcej elementów ma nasza historia, tym lepiej. Podobno przeciętny człowiek zapamiętuje do 7 elementów naraz.


A w jaki sposób z zapamiętywaniem pomoże nam prawa półkula? Na to pytanie odpowiedź znajdziecie, poznając metody przedstawione później, ale póki co wyjaśnię, w jaki sposób to ćwiczenie w ogóle stymuluje tę właśnie półkulę. Otóż sprawa jest prosta - czasowniki i przymiotniki. Dwie rzeczy, które stymulują punkt G prawej półkuli to dynamika i wizualizacja. Dwie rzeczy, które są możliwe właśnie dzięki czasownikom i przymiotnikom, ponieważ opisują co dana rzecz robi i jak wygląda.


Zanim przejdziemy dalej, polecam przećwiczyć pętlę pamięciową, rozgrzewka przyda się przed kolejnymi metodami.



metoda druga: mnemotechnika

No i użyłem dziwnego słowa - mnemotechnika. Za tym fikuśnym zlepkiem liter kryje się nic innego, jak metody i techniki, mające na celu poprawiać ludzką pamięć. Nie wiem, czemu nie użyłem go już w poprzednim punkcie. W każdym razie, technika, które omówię teraz, mocno wykorzystuje zdolności właśnie prawej półkuli, dlatego dobrze było ją pobudzić zanim przeszedłem dalej. Kiedy pierwszy raz dowiedziałem się o mnemotechnikach, uważałem, że są one okropnie dziecinne, wręcz głupie. I są, ale testowałem je wszystkie na sobie i choćbym nie wiem jak chciał, nie mogę odmówić im skuteczności.

Wróćmy na chwilę do pętli pamięciowej. Podsumujmy, o co w niej chodziło - tworzyliśmy krótką, zapętloną historyjkę, w którym każde zdanie zbudowane było z rzeczownika, czasownika i przymiotnika. Teraz będziemy robić dokładnie to samo, ale tym razem pokażę realne zastosowanie metody tworzenia historyjek do zapamiętania dowolnie długiej listy słów, którą trzeba zapamiętać w określonej kolejności. Zacznijmy od stworzenia listy takowych dziesięciu losowych słów. Powtórzę, że zadanie polega na zapamiętaniu ich w dokładnie tej samej kolejności, w kilkanaście sekund. Proszę przeczytać listę poniżej, a następnie krótką historyjkę zaraz pod nią. Proszę ponownie intensywnie wyobrażać sobie ów historię w trakcie jej czytania:

Jajko, świeczka, łabędź, dupa, krzesło, hak, bomba, kosa, bałwan, balon.

A teraz dobranocka:


Na turlającym się jajku balansowała akrobatyczna świeczka. Świeczka zabawiała śmiejącego się, ale smutnego łabędzia. Smutny łabędź ciągle narzekał na swoją bolącą, zgrabną dupę. Dupa bolała go bowiem od ciągłego stania w swoim dziecięcym krzesełku dla dorosłych. Niespodziewanie jednak krzesło wybuchło, trafione niedziałającą bombą. Bomba nie wybuchła, bo udało się ją szybko rozciąć tępą kosą. Kosę trzymał nie kto inny, jak nieumiejący mówić bałwan. Zadowolony bałwan powiedział - "byłbym szybciej, ale nie umiałem zaparkować swojego balonu".


Okej, zanim ktoś oskarży mnie o brak zdolności literackich, wyjaśnię, że ta historia też ma strukturę, której należy się trzymać, aby zapewnić skuteczność tej mnemotechniki. Po pierwsze - jest absurdalna, stąd elementy się w niej zaprzeczające lub niemające logicznego sensu. To akurat uaktywnia lewą półkulę, która będzie próbowała tę logikę i sens znaleźć. Oczywiście ni jednego, ni drugiego nie znajdzie, ale dzięki zwiększonemu wysiłkowi, jaki będzie trzeba w ich szukanie włożyć, zapamiętamy więcej elementów. Zrobicie sobie tym lepiej, im więcej oksymoronów i absurdów będziecie umieli w to wpleść. Po drugie - niemalże każdy rzeczownik w historyjce opisany jest przymiotnikiem. Po trzecie - zdania zbudowane są na schemacie zbliżonym do pętli pamięciowej, rzeczowniki powtarzają się po sobie, aby lepiej je zapamiętać. Po czwarte - jedynymi rzeczownikami użytymi w historii są te, które należy zapamiętać. Nie dodawałem żadnych spoza listy słów do zapamiętania. To wręcz krytycznie ważne, żeby o tym pamiętać. Więc no, pamiętajcie!

Przeanalizujmy tę historię jeszcze raz. Rzeczowniki zaznaczyłem na czerwono, a przymiotniki na zielono (czasowniki sobie odpuściłem, chociaż ich rola też może być ważna, jeśli dodają do historii absurdu):

Na turlającym się jajku balansowała akrobatyczna świeczka. Świeczka zabawiała śmiejącego się, ale smutnego łabędzia. Smutny łabędź ciągle narzekał na swoją bolącą, zgrabną dupę. Dupa bolała go bowiem od ciągłego stania w swoim dziecięcym krzesełku dla dorosłych. Niespodziewanie jednak krzesło wybuchło, trafione niedziałającą bombą. Bomba nie wybuchła, bo udało się ją szybko rozciąć tępą kosą. Kosę trzymał nie kto inny, jak nieumiejący mówić bałwan. Zadowolony bałwan powiedział - "byłbym szybciej, ale nie umiałem zaparkować swojego balonu".

Okej, zanim teraz ktoś się jeszcze doczepi, że nie umiem w części mowy - wiem, że na zielono zaznaczyłem nie tylko przymiotniki, ale nie komplikujmy spraw bawiąc się w imiesłowy, przysłówki i inne takie. Chodzi o to, że zielone słowa opisują słowa czerwone. Jak mówiłem już wcześniej, to ważne, aby umożliwić prawej półkuli (ktoś policzy, ile razy używam słowa półkula?) wizualizację opowiadanej historii. Polecam poćwiczyć sobie tę metodę, chwytając pierwszą książkę z brzegu i przepisując każdy pierwszy rzeczownik z dziesięciu kolejnych stron, a następnie spróbować je zapamiętać.

metoda trzecia: zakładki pamięci

To teraz będziemy chwilę szczerzy. Poprzednia metoda ma naprawdę okazjonalne zastosowanie. Mi nieczęsto zdarza się potrzeba zapamiętać listę słów w konkretnej kolejności, o ile w ogóle mi się to zdarza. Nawet jeśli, to częściej nie tyle chodzi o kolejność (co po czym następuje), ale o miejsce na tej liście (co jest które z kolei). Dlatego rozwiniemy dwie poprzednie metody jeszcze bardziej, tworząc tę jedną jedyną, którą faktycznie zdarza mi się używać. Metoda ta nazywa się zakładkami pamięci, choć można się też spotkać z nazwą "haki" pamięci.


Widzicie, skłamałem w poprzednim punkcie - lista, którą należało zapamiętać, wcale nie była przypadkowa. Tak się składa, że te dziesięć słów to moje zakładki, czy też haki pamięci. Otóż słowa te to niezmienna lista, w której każde z tych słów podporządkowane jest do cyfr od zera do dziewięć. Pod spodem pokazuję małą wizualizację, żebyście zrozumieli, skąd te słowa się w ogóle wzięły.




Jak wspomniałem wcześniej, nie jestem neurologiem, a jak widać tutaj - artystą też nie. Niemniej, myślę, że kwintesencja została zachowana i podobieństwo jest jasne i widoczne. Haki, rzecz jasna, możecie wymyślić sobie, jakie tylko się zamarzy, ale te powyższe są najczęściej (przynajmniej przeze mnie) spotykanymi. Tak więc jeden to świeca, dwa to łabędź, trzy to dupa, cztery - krzesło, pięć - hak, sześć - bomba, siedem - kosa, osiem - bałwan, dziewięć - balon, a zero to jajko. Warto dodać, że to ostatnie często służy raczej jako dziesięć. Metoda zakładek pamięci jest o tyle lepsza od poprzedniej, że zapytani na wyrywki, możecie przypomnieć sobie dowolną rzecz z listy, dzięki przypomnieniu sobie jedynie z czym ją skojarzyliście. I na odwrót, zapytani o konkretną rzecz, z miejsca powiecie, która na liście ona była. Sprytne, nie? No to przejdźmy do tego, jak to działa. Ci bystrzy najpewniej już dawno doszli do tego, o co chodzi, ale wytłumaczę, dla formalności.


Otóż ponownie, zacznijmy od listy słów (tym razem naprawdę losowych, obiecuję!). I także tutaj tworzymy historie, a raczej skojarzenia, łączące ze sobą konkretną zakładkę pamięci ze słowem, które chcemy zapamiętać. Osobiście, kiedy mam problem z wymyśleniem narracji, w której podmiotem jest jedno z tych słów, dodaję do niej siebie, jako takowy podmiot. Tutaj także, jak w obydwu poprzednich przypadkach, należy wyobrażać sobie każdą opisaną sytuację.


Pistolet, krawat, koło, chleb, wąż, koala, drzwi, paznokieć, włosy, obroża.


Próbuję zgasić świecę, strzelając do niej pistoletem.

Ubieram łabędziowi krawat, bo wygląda w nim seksownie.
Koło dupy to mi to lata.
Wolne? - pytam chleb, który zajął krzesło obok.
Próbuję łowić, ale na haczyk złapał mi się tylko wąż.
Pożary w Australii byłyby dużo gorsze, gdyby koale nosiły ze sobą bomby.
Zatrzasnąłem drzwi, więc próbuję podważyć je kosą.
Maluję bałwanowi paznokcie.
Balon elektryzuje mnie o swoje włosy.
Zakładam jajku obrożę, żeby każdy wiedział, że jest moje.

Jeszcze raz, dla utrwalenia. Zakładki zaznaczę na czerwono, a słowa klucze na zielono. Tym razem, skojarzenia zaadresuję podmiotowi w drugiej osobie.


Wyobraź sobie, że:


Próbujesz zgasić świecę, strzelając do niej pistoletem.

Ubierasz łabędziowi krawat, bo wygląda w nim seksownie.
Koło dupy to ci to lata.
Wolne? - pytasz chleb, który zajął krzesło obok.
Próbujesz łowić, ale na haczyk złapał ci się tylko wąż.
Pożary w Australii byłyby dużo gorsze, gdyby koale nosiły ze sobą bomby.
Zatrzasnąłeś drzwi, więc próbujesz podważyć je kosą.
Malujesz bałwanowi paznokcie.
Balon elektryzuje cię o swoje włosy.
Zakładasz jajku obrożę, żeby każdy wiedział, że jest twoje.

Haki (zakładki) teoretycznie można wymyślić sobie dowolne, ale mi przedstawiono zamysł, w którym każdy hak przypomina mi jakoś wyglądem korespondującą mu cyfrę. Taki sposób, o ile intuicyjny i łatwy, ogranicza jednak możliwość tworzenia kolejnych zakładek, kiedy potrzebujemy zapamiętać coś na pozycji jedenastej, dwudziestej trzeciej, czy setnej. Dla osób bardzo zatwardziałych, które z jakiegoś powodu zakochały się w tej metodzie, proponuję wymyślić więcej haków i korzystać na co dzień.



- TWORZENIE NOTATEK -
z czego się uczyć?

Nareszcie udało mi się dojść tutaj, do efektywnego pisania notatek. Ze wszystkich lifehacków, które próbuję sprzedać w tym wpisie, z tych jedynie korzystam regularnie, pozostałe (niestety) wykorzystując naprawdę okazjonalnie. Bardzo lubię mówić, że to dlatego, że nie mam czasu się uczyć - przeczytanie notatek to wszystko, na co mogę sobie pozwolić. Skoro jestem taki zabiegany, to aby efektywnie się uczyć, na pewno notatki muszę prowadzić tak, aby były dobrze napisane już za pierwszym razem, nie? No nie - prawda jest taka, że to chęci do nauki mi brak a nie czasu, a do tego notatki napisane mam niemalże zawsze tragicznie. Tym właśnie sposobem przepisywanie ich do lepiej zorganizowanych form zajmuje większość czasu, który poświęcam na uczenie się. Niemniej, nawet w przepisywaniu notatek tkwi potencjał do nauki!



metoda pierwsza: kondensacja notatek

Przepisywanie notatek to najmniej efektywny sposób nauki. Bądźmy szczerzy, tryb full-xero mało komu uratował trzeci hak pamięciowy (heh) przed egzaminem. Przepisanie notatek i uważanie, że jest się nauczonym jest jak odrysowanie portretu pod światło na drugiej kartce i uważanie, że jest się rysownikiem. Kondensacja notatek to trochę coś pomiędzy bezmyślnym przepisywaniem a czytaniem ze zrozumieniem, bo aby doszła do skutku, należy zaprzęgnąć do działania obydwa z tych działań. Pojawia się zatem pytanie: dlaczego piszę o kondensacji notatek we wpisie o efektywnych metodach nauki, jeśli już w pierwszym akapicie zaznaczam, że to nic więcej, jak półśrodek?


Otóż dlatego, że to najbardziej intuicyjna ze wszystkich metod redakcji notatek. Sam zawsze przed ewentualnym egzaminem sporządzałem sobie wybiórcze notatki z książek czy zeszytów, celem stworzenia "esencji" tego, czego chciałem się nauczyć. Przesiewanie niepotrzebnej treści pisanej jest pomocne, kiedy nauczyciele czy wykładowcy leją wodę, a my przepisujemy słowo w słowo, co z ich ust wychodzi. Na pewno każdy, choć raz w życiu, miał do czynienia z nauczycielem, którego notatki można by zamknąć w trzech słowach, ale ci mówią i mówią i końca nie słychać.

Żeby nie pozostać gołosłownym, przytoczę teraz definicję prakseologiczną organizacji w ujęciu atrybutowym i na przykładzie tej definicji pokażę, jak można skutecznie skondensować jej treść.

"Ujęcie atrybutowe organizacji - jest szczególnym rodzajem stosunków części względem siebie i do złożonej z nich całości, w których części przyczyniają się do powodzenia całości, a całość sprzyja powodzeniu części. Przykład w zdaniu: ta firma jest świetnie zorganizowana".

A teraz skondensujmy tę definicję, czytając ze zrozumieniem jej treść.

"Ujęcie atrybutowe organizacji: organizacja jako przymiotnik. Przykład w zdaniu: ta firma jest świetnie zorganizowana".

Czy to nie brzmi dużo lepiej?

Jeśli naprawdę nie potraficie przymusić się do zmienienia swoich nawyków uczenia się, to kondensacja notatek to zdrowy i łatwy złoty środek w tej sytuacji. Wspominam o tym, jako o pierwszej metodzie skutecznego tworzenia optymalnych notatek, bo ta metoda jest nieodzowną częścią kolejnej, która moim zdaniem jest zdecydowanie lepsza. Podobnie jak poprzednio, będziemy powoli rozbudowywać teraz poznaną metodę celem jeszcze lepszego jej użytkowania.


metoda druga: korzystanie z marginesów

Ile razy zdarzało się Wam brać zakreślacz i mazać po notatkach, zaznaczając "to, co ważne"? Poniższa metoda to wyższy poziom robienia dokładnie tego samego, ale z taką różnicą, że w przeciwieństwie do zakreślania - działa. Niemalże każdy zeszyt wyprodukowany do użytku szkolnego czy biurowego posiada marginesy, rzecz oczywista. Przywykło się, że margines to trzy - cztery centymetry zewnętrznej strony kartki, oddzielony od reszty widoczną, pogrubioną kreską. To co teraz zasugeruję może spowodować wzdrygnięcie powieki u niektórych perfekcjonistów, ale chciałbym, aby od tego momentu margines był zawsze po lewej stronie kartki. Niezależnie, na której stronie zeszytu jesteście, margines jest od teraz zawsze po lewej. Margines to pierwszy element tego typu formatowania notatek.

Co z tym marginesem teraz zrobić? Używać! Umieszczać w nim słowa klucze i pytania dotyczące notatek. Ponieważ nauczono nas czytać tak, aby zaczynać od lewej i kończyć po prawej, margines musi znaleźć się po lewej. Definicję zamieszcza się po zagadnieniu, którego ona dotyczy. Pytania zadaje się przed uzyskaniem na nie odpowiedzi. Dlatego to ważne, aby zagadnienia (słowa klucze) i pytania były pierwsze w kolejności czytania - zawsze po lewej. Klucze i pytania to drugi kluczowy element.

Trzeci i ostatni element to właśnie metoda kondensacji. Świetnie, jeśli potrafisz kondensować wiedzę "w locie", w miarę tego, jak jest ona prezentowana. Nie wszyscy jednak taką zdolność posiadają, więc bezpieczniej jest pisać pierwotną notatkę na brudno, ażeby zachować czystość i przejrzystość notatek końcowych. Następnie, już na spokojnie, przeczytaj brudnopis ze zrozumieniem, wyciągnij z niego słowa klucze i zadaj sobie pytania, na które spróbujesz odpowiedź krótko, ale wyczerpująco i konkretnie. Te pytania i klucze umieść po lewej stronie czystej notatki - na marginesie. Następnie, w głównej części kartki zamieść notatkę skondensowaną. I gotowe, notatka zrobiona.

Sporządzę teraz przykład swojego brudnopisu i uzyskanej z niego końcowej notatki. Za przykład posłużą mi kolejne koncepcje nauk o organizacji, tym razem przykładowe prawo harmonii Pana Adamieckiego. Brudnopis:

Prawo harmonii składa się z trzech elementów: pierwszym jest prawo harmonii doboru - To prawo mówi o tym, że czynności związane z pracą powinny być wykonywane tak, aby jak najbardziej zminimalizować koszta straconego czasu. Drugim jest prawo harmonii działania - każda czynność związana z pracą powinna być wykonywana w odpowiednim miejscu i czasie. Ostatnim jest prawo harmonii ducha - według niego należy zacieśniać więzi między środkami grupy roboczej celem polepszonej współpracy między jednostkami, bo zwiększa to efektywność wykonywanej pracy.

To akurat była względnie konkretna notatka, ale trochę niepotrzebnej wody w niej polano. Kondensując tę notatkę i pozbywając się zbędnych słów, można uzyskać następującą notatkę na czysto:

Prawo harmonii czego?

doboru
     kolejność czynności należy dobrać tak, aby tracić jak najmniej czasu
działania
     należy działać w odpowiednim miejscu i czasie
ducha
     utrzymanie dobrego ducha pracowników polepsza efektywność

No czy to od razu nie wydaje się prostsze? Zwrócić też należy uwagę, że (jak w przypadku pętli pamięci) powtarzam słowo klucz z marginesu w wyjaśniającej je definicji. Dzięki temu dużo łatwiej będzie mi zapamiętać, czego ów definicja dotyczyła. Oczywiście nie musicie używać kolorów, jeśli nie chcecie, tutaj użyłem ich tylko po to, żeby uwidocznić powtórzenie.

Jeden z moich znajomych przechodził swego czasu przez etap pisania wyłącznie pytań i słów kluczowych jako notatek. Uważał, że w ten sposób wie o czym ma się uczyć, a patrząc w "notatki" będzie musiał sobie przypominać rozwinięcia i definicje. Posłużyło mu to może tydzień, a gdy ilość materiału była większa, gubił się w swoich niekompletnych notatkach. Niemniej, idea poniekąd dobra, na szczęście stosowalna też przy notatkach pisanych powyższą metodą. Wystarczy zakryć prawą stronę kartki i voilà, gotowe. Czytałem gdzieś kiedyś, że nasze małe mózgi mają obsesję na punkcie pytań, nie potrafiąc na nie nie odpowiadać. Zatem im więcej uda się umieścić w marginesie pytań, tym lepiej, bo zaprogramowani jesteśmy tak, by na zadane pytania uzyskać lub udzielać odpowiedzi, więc to może podświadomie motywować nas do przechodzenia przez te notatki.


metoda trzecia: mapy myśli

Ponieważ ten wpis jest technicznie zaliczeniem przedmiotu na moich studiach, pozwolę sobie teraz powiedzieć, że uwzględnienie map myśli jest niemalże wymogiem do tego zaliczenia. Nie będę jednak ukrywał, że nie jestem zwolennikiem tej metody i nigdy nie byłem zadowolony z jej efektów, a ich tworzenie było dla mnie niepotrzebnie czasochłonne i nie potrafiłem się do nich przekonać. Nadal nie umiem. Słusznym jest zatem uważać, że jestem osobą kwalifikowaną w najmniejszym możliwym stopniu, aby tę metodę opisać, więc pozwolę sobie przez nią przejść jak najszybciej, korzystając z źródeł zewnętrznych odnośnie jej stosowania.

Czym jest mapa myśli? To diagram, który ma pewną strukturę i pokazujący hierarchię i relacje między swoimi elementami. Jeśli wpiszecie w Google "mapy myśli", dziewięćdziesiąt procent obrazów w Google Grafika pokaże "przekonywujące" mapy mówiące o benefitach płynących z ich użytkowania, wymieniając najczęściej powtarzane: są szybkie do zrobienia, efektywne w działaniu, segregują wiedzę w danym temacie, pozwalają na przejrzystą burzę pomysłów, [...], pozwalają uczyć się przez skojarzenia. Jeżeli miałbym je polecić (choć osobiście z nich nie korzystam), to mógłbym powiedzieć, że są one dobrym suplementem nauki, jeśli macie do nich sporządzone notatki (na przykład w formie przedstawionej wyżej).

Idea jest taka: zbieramy do kupy wszystko, co opisałem do tej pory. Słowa klucze, kolory, pytania, notatki skondensowane i składamy to do jednej, spójnej kupy. Wikipedia mówi: "akcentuj; w środku umieszczaj rysunek, używaj więcej niż 3 kolorów, stosuj synestezję, porządkuj odstępy między elementami; używaj skojarzeń, łącz strzałkami elementy mapy, które chcesz ze sobą powiązać; pisz przejrzyście". Żeby naprawdę nie przebierać w słowach, na środku umieszcza się to, co jest głównym tematem notatki. Używa się w tym celu podpisanego rysunku, który z tematem nam się kojarzy, korzystając z wielu kolorów do jego stworzenia. Od centralnego rysunku tworzy się gałęzie, każda z nich opisuje inny aspekt elementu centralnego lub łączy go z kolejną grupą tematów w postaci kolejnego elementu centralnego. Masła maślane. Poniżej przedstawiam mapę obrazującą wyżej przedstawioną notatkę w formie mapy myśli. I to będzie tyle, ile mam do powiedzenia na ich temat.


Legenda: Prawo harmonii brzmi jak buddyjski stan nirwany, więc zobrazowałem je sobie jako osobę medytującą. Harmonia doboru mówi o oszczędzaniu czasu, więc do jej zobrazowania narysowałem przenośny zegarek. Harmonia działania mówi o pracy w określonym miejscu i czasie, więc skojarzyłem to z mapą, na której do celu (miejsca) prowadzi czerwony krzyżyk. Harmonia ducha mówi o relacjach między pracownikami, ale o ile definicję pamiętałem, nie potrafiłem nigdy zapamiętać, że nazywa się ona "harmonią ducha", więc duch jest rysunkiem, który postanowiłem umieścić na mapie. Adamiecki to autor powyższych praw (ale nie chciało mi się go rysować, przepraszam), więc również umieściłem go na mapie dla hecy. Skończyłem, najgorsza część za mną, proszę dać mi pięć z zaliczenia, bardzo się starałem, a teraz idziemy do ostatniej części wpisu.


- Nauka -
kiedy, jak często i jak?

Jako dodatek i jednocześnie ostatnią część tego, już w sumie całkiem obszernego wpisu, postanowiłem dorzucić kilka przydatnych informacji o tym jak się uczyć, kiedy i jak często. Od razu ostrzegam, że większość poniższych informacji to dla większości oczywista oczywistość, ale i tak warto wspomnieć i o nich, bo czasami zdarza się, że coś oczywistego pierwsze wypada z głowy. Przejdę przez nie jednak ekspresowo, podając tylko suche fakty (piszę te wypociny już wystarczająco długo i naprawdę chciałbym już skończyć!)

Po pierwsze, jak się uczyć? Na myśli mam warunki, w których do nauki przystępujemy. Zacznijmy od pozbycia się z miejsca pracy rozpraszaczy. Telefony odkładamy z dala od zasięgu ręki i poza zasięg wzroku, zostawiając je w trybie wyciszonym. Jeżeli nie używamy komputera, warto również uczyć się tam, gdzie go nie widać. Telewizory, radia i wszelkie hałasujące urządzenia RTV/AGD również wyłączamy i wyzbywamy się ich z zasięgu wzroku. Z powierzchni płaskiej, przy której siedzimy (jak choćby biurka), pozbywamy się wszystkiego, co nie jest nam potrzebne do nauki. Zostajemy tylko my i narzędzia pracy.

Po drugie, kiedy się uczyć? Badania wskazują, że po przebudzeniu jesteśmy najbardziej produktywni po około trzech-czterech godzinach (przynajmniej tak mówiły te, które czytałem). Ponadto, przeciętna osoba potrafi się porządnie skupić na nie dłużej niż na dziesięć minut w ciągu godziny, więc warto te dziesięć minut zarezerwować na materiał, który sprawia największe problemy. Idąc dalej, z każdego procesu, który wymaga zdolności poznawczych, najwięcej wyciągamy z pierwszego i ostatniego kontaktu z bodźcem. Stąd tak zwane efekty pierwszego i ostatniego wrażenia. Tłumacząc prościej - zapamiętamy najwięcej z tego, czego uczymy się na początku i czego uczymy się na samym końcu. To także oznacza, że najbardziej problematyczny materiał przerabiamy na początku i na końcu procesu nauki, zostawiając ten łatwiejszy "na pomiędzy". Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe czynniki, dobra sesja nauki zaczyna się etapem intensywnego skupienia na trudnym materiale, potem przechodzi w materiał łatwiejszy i trwa, aż będziemy w stanie wejść w drugi etap intensywnego skupieniu na materiale trudnym. Dalej: nigdy nie zostawiamy nauki na dzień przed. Lepiej jest się uczyć mniej, ale częściej. Nawet dwudziestominutowe sesje są lepsze, niż zarwana nocka. I zanim ktokolwiek pomyśli, że "nie mam czasu uczyć się często" - jeśli trudno zagospodarować dwadzieścia minut z dnia, to albo jesteście bardzo zabiegani, albo kłamiecie sobie sami w twarz. Nie oszukujmy się, tak naprawdę czasu mamy jak marasu, dwadzieścia minut nikogo nie zbawi, ni zgubi. Jeżeli uważasz inaczej, odsyłam TUTAJ, ta pani przekona każdego, że czasu mamy wystarczająco.

I ostatnia sprawa - jak często? Co za głupie pytanie, przecież wystarczy raz a porządnie, nie? No nie, nie wystarczy. Materiał, którego dotkniemy się raz, na potrzeby zaliczenia, odchodzi wraz z tym zaliczeniem. Nie zapamiętuje się wiedzy, której się regularnie nie powtarza. Wszyscy za to wiemy, że materiał bardzo lubi się w szkołach powtarzać. Jeżeli zapomnicie podstaw, to ciężko jest później przebrnąć przez dalsze etapy edukacji, nie? Powtarzanie materiału brzmi złowrogo, ale tak naprawdę nie powtarza się go co chwilę. Idealny schemat wyglądałby mniej więcej tak:

Po pierwszej sesji nauki materiał powtarzamy następnego dnia.
Po pierwszym powtórzeniu, materiał powtarzamy za trzy dni.
Po drugim powtórzeniu, materiał powtarzamy za tydzień.
Po trzecim powtórzeniu, materiał powtarzamy za miesiąc.
Po czwartym, za trzy miesiące.
Po piątym, za pół roku.

I na tym etapie wiedza powinna już z nami pozostać na stałe, a już na pewno zostanie, jeśli pracujemy w zawodzie, w którym nam się ona sporadycznie przydaje. Jeżeli jednak uczycie się tylko na zaliczenie, to absolutnym minimum, by nauczyć się w zadowalającym stopniu, są trzy powtórzenia.


- Podsumowanie -
ojcze, odsuń ode mnie ten kielich, mam już dość pisania

Tak jak wspominałem, powyższy wpis jest projektem na zaliczenie przedmiotu na studiach. Warunkiem zaliczenia na najwyższą ocenę jest przygotowanie bloga o metodach efektywnej nauki, na którym należy opisać sześć takowych metod. Powyżej przedstawiłem:

Trenowanie pamięci:
Pętlę pamięciową - sposób na rozgrzanie pamięci.
Mnemotechnikę nauki przez skojarzenia - układanie historii, by zapamiętać ciąg słów.
Haki pamięciowe - nauka przez skojarzenia wraz z zapamiętaniem pozycji w ciągu.

Pisanie notatek:
Kondensacja - czyli skracanie do uzyskania esencji z długich zapisków.
Organizacja notatek - korzystanie z marginesów w celu polepszenia jakości nauki z materiałów.
Mapy myśli - tworzenie struktury graficznej notatki, korzystający z nauki przez skojarzenia.

Informacje ogóle:
Jak się uczyć - instrukcje przygotowania warunków do nauki.
Kiedy się uczyć - generalizowana informacja o tym, jak długo i kiedy się uczyć.
Jak często się uczyć - czyli kiedy powtarzać materiał, aby zachować go w pamięci.

Metody są poukładane tak, aby każda kolejna korzystała z elementów przedstawionych w metodzie poprzedniej, umożliwiając progresywne przechodzenie przez kolejne elementy wpisu. Starałem się przedstawiać je w sposób możliwie najprostszy i w miarę możliwości uciekać od tłumaczenia naukowo omawianych sposobów nauki, aby nie wprowadzać niepotrzebnego zamieszania w głowach, choć przyznam, że na początku trochę mnie ponosiło w tej kwestii.

Bardzo chciałem zawrzeć też bibliografię, aby nie być gołosłownym przy odważnych stwierdzeniach, w których ekspertem nie jestem (jak kilkukrotnie wspominałem), aczkolwiek proces pisania trwał bardzo długo i ciągle gubiłem gdzieś zakładki i odniesienia do źródeł. Nie jest to praca licencjacka, więc przypuszczam, że zbrodni nie popełniam, nie tworząc tu bibliografii.

I na sam koniec, jeżeli kiedykolwiek, ktokolwiek trafi na ten wpis i go przeczyta, dziękuję.

Tomasz Kozik, 
na potrzeby zaliczenia metod efektywnej nauki 
na kierunku Marketing i Sprzedaż w WSB.